czwartek, 13 sierpnia 2015

ROZDZIAŁ DRUGI.

  Koniec szkoły zawsze kojarzył mi się z ulgą i wolnością. Zero obowiązków, zero wstawania wczesnym  rankiem i zero zrzędliwych nauczycieli.  To było płytkie rozumowanie, teraz to zrozumiałam. Bo przecież to w szkole poznałam najwięcej osób ( z niektórymi mam bardzo dobry kontakt), ona pozwoliła mi wychować się w dobrym towarzystwie, uczyła tego co dobre, dlatego teraz żal mi jest opuszczać tych murów. Najgorsze jest to, że dopiero kończąc ten etap w życiu, zdajemy sobie sprawę, że wiele możemy zawdzięczać edukacji, i nie chodzi tutaj tylko o wyszlifowanie ustalonego materiału, a przede wszystkim o kształtowanie psychiki.
Dzisiejszy dzień kończył to wszystko.  Wyniki egzaminów przyszły z samego  ranka, natomiast wieczorem miał odbyć się bal, który wieńczył wszystkie lata nauki. Wspólnie z innymi klasami musieliśmy ustalić lokal, catering i zespół, aby w ogóle doszło do takiej uroczystości. Problemu jednak z tym nie było, bowiem taka była tradycja, w dodatku każdy czuł się w pewien sposób przywiązany do znajomych z klasy, nauczycieli.  Na taki bal trzeba było przyjść z osobą towarzyszącą, choć znalazło się kilku śmiałków, którzy woleli przyjść w osamotnieniu. Dla mnie różnicy nie było, w końcu miałam wielu znajomych, także noc i tak spędziłabym w cudownym gronie, aczkolwiek kiedyś obiecałam Aaronowi, że zabiorę go na taki bal, gdyż on w swojej szkole nie miał czegoś takiego. Byłam zdziwiona tym faktem, ale może w sportowych szkołach są całkiem inne tradycje.
- Zdałam!- Krzyknęłam, wybiegając z pokoju, po przeczytaniu informacyjnego e-maila.
Cała dosłownie się telepałam ze szczęścia. Oczywiście myślałam, że dałam radę i pozdawałam wszystkie egzaminy, jednak to uczucie, kiedy widzi się to oficjalnie jest po prostu bezcenne!  Rodzicielka przytuliła mnie bardzo mocno do siebie ,była bardzo zadowolona, że zaczynam spełniać swoje marzenia, tato również się cieszył. Cały dom przesiąkł pozytywną aurą, co dobrze wpłynęło na moje samopoczucie. A przed wynikami nie było ono najlepsze. Aaron nie mylił się, mówiąc , że gorszy stres  będę przeżywać w oczekiwaniu na wyniki, bo tak faktycznie było!  Bez zawahania wystukałam na komórce wiadomość  do przyjaciela, w którym poinformowałam go o moim wyniku. Może wydać się to trochę nie w porządku, bo przecież mogłam powiedzieć mu na balu, jednak po prostu ta fala pozytywnej energii tak przeszyła  moje ciało, aż miałam ochotę wykrzyczeć to całemu światu.
Przygotowywanie do balu również stało się bardziej przyjemne. Zwykle nie lubiłam się stroić, sukienki były dla mnie świętością, jednak teraz czułam się wyjątkowo i nie marudziłam (jak zwykle), że coś mi nie pasuje.  Wieczór zbliżał się wielkimi krokami. Z jednej strony nie mogłam doczekać się tego balu, walijskiego tańca, wspaniałych wrażeń z przyjaciółmi, z drugiej strony było mi przykro, że to już nasze ostatnie takie spotkanie . Fakt, istnieją jakieś rocznice, jednak to nie to samo.  To wydaje się być mało prawdopodobne, że wszystkie ostatnie klasy są ze sobą aż tak zżyte. Wszyscy tworzyliśmy wspaniałą ekipę, co bardzo rzadko się zdarza. Zamiast kłótni i obstawiania własnej strony, udawało nam się zawrzeć kompromis, nie odmawialiśmy sobie towarzyskich spotkań, wszędzie wychodziliśmy razem- to chyba nas złączyło.
  Godzinę przed odjazdem do lokum, Aaron zawitał w moje skromne progi.  Ubrany w prosty, nienaganny  czarny garnitur z białą koszulą i czarną muszką, prezentował się całkiem nieźle. Bardzo cieszyłam się, że mogłam go zabrać na takie spotkanie, w końcu to też nasze ostatnie wspólne chwile razem. Nie będzie już Aarona dobrej rady i w większości spraw i problemów trzeba będzie poradzić sobie samemu, niestety.  Po prostu zabraknie mi mojego najlepszego przyjaciela, co jest niezbyt przyjemnym uczuciem, a komunikacja poprzez Internet wcale nie odzwierciedla realnej rozmowy.
- Uhuhu, wystroiłaś się, ale panna z ciebie.- Ramsey puścił mi oko, spoglądając na sukienkę, która delikatnie podkreślała moje atuty.
A co! Nigdy nie nosiłam sukienek, to na taką okazję mogłam pozwolić sobie na coś więcej. A czerwona sukienka z obcisłym gorsetem i rozkloszowaną spódnicą do kolan była powiedzmy dość wyzywająca, ale i elegancka.  Może z początku nie byłam do niej w stu procentach pewna, jednak teraz kompletnie mi to nie przeszkadzało.
- W przeciwieństwie do ciebie, potrafiłam się dobrze ubrać.- Zażartowałam, jednak Aaron chyba nie przyjął go do siebie.
- Tak, tak, tak. Mogę jeszcze zostawić cię na lodzie i wrócić do domu.- Powiedział całkiem poważnie (oczywiście był to zamierzony efekt), co ja również przyjęłam niezbyt miło.
- No już, przepraszam. Co tam strój, ważne że się będziemy razem dobrze bawić.- Uratowałam sytuację!
Z domu wyszliśmy nieco spóźnieni. Oczywiście była to moja wina, bo przecież zbyt długo się zbierałam, ale taki w końcu oklepany zwyczaj kobiet. Aaron oczywiście był zły, bo wiedział, że jego żółciutki ford fiesta w każdej chwili może podzielić się na kilka mniejszych fordów, gdy za mocno naciśnie na pedał gazu, więc byliśmy skazani na przybycie jako ostatnia para.
- Wiem, co musisz kupić za pierwszą wypłatę.- Stwierdziłam, po przejechaniu kilometra.
- Co?- Aaron zapytał beznamiętnym tonem głosu, przeczuwając, że chodzi mi o coś głupiego.
- Nowy samochód.
- Bardzo śmieszne.  Jak chcesz możesz wysiąść i przejść się na piechotę, w końcu jest lato, jest ciepło, dotlenisz się, lepiej wchłoniesz alkohol, nie będę cię musiał wnosić do samochodu, a później z niego wyciągać, tłumaczyć się twoim rodzicom.- Miał bardzo dużo argumentów, miałby więcej, ale właśnie dojechaliśmy na miejsce.
Udało nam się zdążyć na czas. W gruncie rzeczy to cała uroczystość już się rozpoczęła, jednak nie przejmowałam się, że nie usłyszę kazania naszej skromnej Pani Dyrektor.  Odetchnęłam z ulgą,  ponieważ miałam jeszcze chwilę czasu, by odnaleźć swoją klasę i przygotować się do pierwszego walijskiego tańca.
Niewielką, małoistotną kłótnię z Aaronem zakończyliśmy machinalnym puszczeniem oka i szerokim uśmiechem. Wiedzieliśmy, że dogryzamy sobie tylko dla żartów, zawsze tak było i zawsze kończyło się to tak samo.
- Ta wasza dyrektorka to tak zawsze? – Zażenowany Aaron przystanął blisko mojej klasy i spojrzał się na zegar, wiszący po lewej stronie ściany.
- Ale co zawsze?
- Tak wszystko przedłuża?- Odpowiedział dość niewyraźnie, a może i wyraźnie, tylko ja  nie zwróciłam na to uwagi. Byłam zbyt bardzo skoncentrowana na jej monologu, bowiem po nim miał nastąpić uroczysty i oficjalny początek balu.
- No, już. Ustawiamy się. Pamiętasz kroki?- Byłam bardzo podenerwowana, kiedy Pani Dyrektor zaprosiła wszystkich uczniów i partnerów/ki z poza szkoły do tańca. Chciałam, by wyglądało to idealnie, w końcu bardzo długo pracowaliśmy nad tym układem.
- Spokojnie. Taniec walijski powinniśmy mieć w małym paluszku!- Ramsey jak zwykle wydawał się być wyluzowany i pozytywnie nastawiony do wszystkiego.
I zaczęło się. Wszyscy zaczęliśmy taniec w rytm melodii, którą znaliśmy doszczętnie na pamięć. Obawiałam się tego, lecz po chwili wszyscy zapomnieliśmy o stresie. W zamian za to, pojawił się szeroki uśmiech na twarzy i wszyscy pewnym krokiem tańczyliśmy nasz narodowy taniec.

Później, jak to na każdym balu, dostaliśmy dwa ciepłe posiłki, a przy wyjściu sali stał przeogromny szwedzki stół.  Cała sala była tylko i wyłącznie dla nas, mogliśmy robić dosłownie co chcieliśmy (no, oczywiście poza piciem alkoholu- jednak praktycznie każdy złamał ten zakaz).
 Bal był idealnym uwieńczeniem kończącej się historii ze szkołą, jak i klasowymi przyjaciółmi, niestety tak wygląda wędrówka każdego człowieka. Coś się kończy, coś się zaczyna.