Koniec szkoły zawsze kojarzył mi
się z ulgą i wolnością. Zero obowiązków, zero wstawania wczesnym rankiem i zero zrzędliwych nauczycieli. To było płytkie rozumowanie, teraz to zrozumiałam.
Bo przecież to w szkole poznałam najwięcej osób ( z niektórymi mam bardzo dobry
kontakt), ona pozwoliła mi wychować się w dobrym towarzystwie, uczyła tego co
dobre, dlatego teraz żal mi jest opuszczać tych murów. Najgorsze jest to, że
dopiero kończąc ten etap w życiu, zdajemy sobie sprawę, że wiele możemy
zawdzięczać edukacji, i nie chodzi tutaj tylko o wyszlifowanie ustalonego
materiału, a przede wszystkim o kształtowanie psychiki.
Dzisiejszy dzień kończył to
wszystko. Wyniki egzaminów przyszły z
samego ranka, natomiast wieczorem miał
odbyć się bal, który wieńczył wszystkie lata nauki. Wspólnie z innymi klasami
musieliśmy ustalić lokal, catering i zespół, aby w ogóle doszło do takiej
uroczystości. Problemu jednak z tym nie było, bowiem taka była tradycja, w
dodatku każdy czuł się w pewien sposób przywiązany do znajomych z klasy,
nauczycieli. Na taki bal trzeba było
przyjść z osobą towarzyszącą, choć znalazło się kilku śmiałków, którzy woleli
przyjść w osamotnieniu. Dla mnie różnicy nie było, w końcu miałam wielu znajomych,
także noc i tak spędziłabym w cudownym gronie, aczkolwiek kiedyś obiecałam
Aaronowi, że zabiorę go na taki bal, gdyż on w swojej szkole nie miał czegoś
takiego. Byłam zdziwiona tym faktem, ale może w sportowych szkołach są całkiem
inne tradycje.
- Zdałam!- Krzyknęłam, wybiegając
z pokoju, po przeczytaniu informacyjnego e-maila.
Cała dosłownie się telepałam ze
szczęścia. Oczywiście myślałam, że dałam radę i pozdawałam wszystkie egzaminy,
jednak to uczucie, kiedy widzi się to oficjalnie jest po prostu bezcenne! Rodzicielka przytuliła mnie bardzo mocno do
siebie ,była bardzo zadowolona, że zaczynam spełniać swoje marzenia, tato
również się cieszył. Cały dom przesiąkł pozytywną aurą, co dobrze wpłynęło na
moje samopoczucie. A przed wynikami nie było ono najlepsze. Aaron nie mylił się,
mówiąc , że gorszy stres będę przeżywać
w oczekiwaniu na wyniki, bo tak faktycznie było! Bez zawahania wystukałam na komórce wiadomość
do przyjaciela, w którym poinformowałam
go o moim wyniku. Może wydać się to trochę nie w porządku, bo przecież mogłam
powiedzieć mu na balu, jednak po prostu ta fala pozytywnej energii tak
przeszyła moje ciało, aż miałam ochotę
wykrzyczeć to całemu światu.
Przygotowywanie do balu również
stało się bardziej przyjemne. Zwykle nie lubiłam się stroić, sukienki były dla
mnie świętością, jednak teraz czułam się wyjątkowo i nie marudziłam (jak
zwykle), że coś mi nie pasuje. Wieczór
zbliżał się wielkimi krokami. Z jednej strony nie mogłam doczekać się tego
balu, walijskiego tańca, wspaniałych wrażeń z przyjaciółmi, z drugiej strony
było mi przykro, że to już nasze ostatnie takie spotkanie . Fakt, istnieją
jakieś rocznice, jednak to nie to samo.
To wydaje się być mało prawdopodobne, że wszystkie ostatnie klasy są ze
sobą aż tak zżyte. Wszyscy tworzyliśmy wspaniałą ekipę, co bardzo rzadko się
zdarza. Zamiast kłótni i obstawiania własnej strony, udawało nam się zawrzeć
kompromis, nie odmawialiśmy sobie towarzyskich spotkań, wszędzie wychodziliśmy
razem- to chyba nas złączyło.
Godzinę przed odjazdem do lokum, Aaron
zawitał w moje skromne progi. Ubrany w
prosty, nienaganny czarny garnitur z
białą koszulą i czarną muszką, prezentował się całkiem nieźle. Bardzo cieszyłam
się, że mogłam go zabrać na takie spotkanie, w końcu to też nasze ostatnie wspólne
chwile razem. Nie będzie już Aarona dobrej rady i w większości spraw i
problemów trzeba będzie poradzić sobie samemu, niestety. Po prostu zabraknie mi mojego najlepszego
przyjaciela, co jest niezbyt przyjemnym uczuciem, a komunikacja poprzez Internet
wcale nie odzwierciedla realnej rozmowy.
- Uhuhu, wystroiłaś się, ale
panna z ciebie.- Ramsey puścił mi oko, spoglądając na sukienkę, która
delikatnie podkreślała moje atuty.
A co! Nigdy nie nosiłam sukienek,
to na taką okazję mogłam pozwolić sobie na coś więcej. A czerwona sukienka z obcisłym
gorsetem i rozkloszowaną spódnicą do kolan była powiedzmy dość wyzywająca, ale
i elegancka. Może z początku nie byłam
do niej w stu procentach pewna, jednak teraz kompletnie mi to nie
przeszkadzało.
- W przeciwieństwie do ciebie,
potrafiłam się dobrze ubrać.- Zażartowałam, jednak Aaron chyba nie przyjął go
do siebie.
- Tak, tak, tak. Mogę jeszcze
zostawić cię na lodzie i wrócić do domu.- Powiedział całkiem poważnie
(oczywiście był to zamierzony efekt), co ja również przyjęłam niezbyt miło.
- No już, przepraszam. Co tam
strój, ważne że się będziemy razem dobrze bawić.- Uratowałam sytuację!
Z domu wyszliśmy nieco spóźnieni.
Oczywiście była to moja wina, bo przecież zbyt długo się zbierałam, ale taki w
końcu oklepany zwyczaj kobiet. Aaron oczywiście był zły, bo wiedział, że jego
żółciutki ford fiesta w każdej chwili może podzielić się na kilka mniejszych
fordów, gdy za mocno naciśnie na pedał gazu, więc byliśmy skazani na przybycie
jako ostatnia para.
- Wiem, co musisz kupić za
pierwszą wypłatę.- Stwierdziłam, po przejechaniu kilometra.
- Co?- Aaron zapytał beznamiętnym
tonem głosu, przeczuwając, że chodzi mi o coś głupiego.
- Nowy samochód.
- Bardzo śmieszne. Jak chcesz możesz wysiąść i przejść się na
piechotę, w końcu jest lato, jest ciepło, dotlenisz się, lepiej wchłoniesz
alkohol, nie będę cię musiał wnosić do samochodu, a później z niego wyciągać,
tłumaczyć się twoim rodzicom.- Miał bardzo dużo argumentów, miałby więcej, ale
właśnie dojechaliśmy na miejsce.
Udało nam się zdążyć na czas. W
gruncie rzeczy to cała uroczystość już się rozpoczęła, jednak nie przejmowałam
się, że nie usłyszę kazania naszej skromnej Pani Dyrektor. Odetchnęłam z ulgą, ponieważ miałam jeszcze chwilę czasu, by
odnaleźć swoją klasę i przygotować się do pierwszego walijskiego tańca.
Niewielką, małoistotną kłótnię z
Aaronem zakończyliśmy machinalnym puszczeniem oka i szerokim uśmiechem.
Wiedzieliśmy, że dogryzamy sobie tylko dla żartów, zawsze tak było i zawsze
kończyło się to tak samo.
- Ta wasza dyrektorka to tak
zawsze? – Zażenowany Aaron przystanął blisko mojej klasy i spojrzał się na
zegar, wiszący po lewej stronie ściany.
- Ale co zawsze?
- Tak wszystko przedłuża?-
Odpowiedział dość niewyraźnie, a może i wyraźnie, tylko ja nie zwróciłam na to uwagi. Byłam zbyt bardzo
skoncentrowana na jej monologu, bowiem po nim miał nastąpić uroczysty i
oficjalny początek balu.
- No, już. Ustawiamy się.
Pamiętasz kroki?- Byłam bardzo podenerwowana, kiedy Pani Dyrektor zaprosiła wszystkich
uczniów i partnerów/ki z poza szkoły do tańca. Chciałam, by wyglądało to
idealnie, w końcu bardzo długo pracowaliśmy nad tym układem.
- Spokojnie. Taniec walijski
powinniśmy mieć w małym paluszku!- Ramsey jak zwykle wydawał się być wyluzowany
i pozytywnie nastawiony do wszystkiego.
I zaczęło się. Wszyscy zaczęliśmy
taniec w rytm melodii, którą znaliśmy doszczętnie na pamięć. Obawiałam się
tego, lecz po chwili wszyscy zapomnieliśmy o stresie. W zamian za to, pojawił się
szeroki uśmiech na twarzy i wszyscy pewnym krokiem tańczyliśmy nasz narodowy
taniec.
Później, jak to na każdym balu,
dostaliśmy dwa ciepłe posiłki, a przy wyjściu sali stał przeogromny szwedzki
stół. Cała sala była tylko i wyłącznie
dla nas, mogliśmy robić dosłownie co chcieliśmy (no, oczywiście poza piciem
alkoholu- jednak praktycznie każdy złamał ten zakaz).
Bal był idealnym
uwieńczeniem kończącej się historii ze szkołą, jak i klasowymi przyjaciółmi,
niestety tak wygląda wędrówka każdego człowieka. Coś się kończy, coś się
zaczyna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz